Sobotnia plucha nie zniechęciła do odwiedzenia lasu. O moknięciu gdzieś na
półce nie było mowy. Na ambonie? Coś szeptało – nie! Więc grzybki :) Dwie
godzinki wystarczyły by przemoknąć całkowicie, ale zapach mokrego lasu
przyćmiewał wszystkie niedogodności. Wiadereczko uzbierałem i popołudniem było
co robić w kuchni :) Leśne ubranko pomalutku obsychało na sznureczkach w
łazience i tylko ta skapująca z nich deszczówka była hamulcem przed tym, by
jeszcze gdzieś wyskoczyć :) Co ma wisieć, nie utonie:)
Niedzielny poranek dość pogodny, “gajerek” już prawie suchutki i do tego
sen spokojny najbliższych. Trochę późno, bo już po ósmej, ale las woła :) Nie
nastawiałem się na coś wyjątkowego, więc na wszelki wypadek wziąłem wiaderko na
ewentualne grzybki. No i oczywiście trochę niezręczny (bo niedzielny) telefon do
prezesa koła z powiadomieniem o moim pobycie w tym rejonie.
Na ambonę wdrapałem się już po 9-tej i bez większych oczekiwań oparty
plecami o ścianę tylną, wpatrywałem się w wiaderko opieniek gdy nagle...





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz