No i stoi. Kolejna półka. Tym razem wolno-stojąca, całkowicie rozbieralna,
skręcana, a że taka to tylko powiem, że standardową postawiliśmy trzy dni
wcześniej parę metrów obok, ale pomyliliśmy działki o trzy palce i chciano nas
zlinczować :) Teren prywatny. Za szkody daliśmy worek owsa dla świnki
właścicielki i obyło się bez ofiar :)
Półka postawiona w tak ciekawym miejscu, gdzie wokół mnóstwo tropów,
legowisk i zrytych dojść do wodopojów, że wołała – ...no chodź, chodź i spocznij
stary człowieku... – a ja już prawie przez sen – ...już biegnę do ciebie
kochanie!!! :) Dość tych nocnych koszmarów. Decyzja zapadła. Budzik ustawiony z
soboty na niedzielę na 3:00 i niech sobie żona myśli co chce. Ja Muszę, bo się
uduszę!!! :)
Budzik nie zadzwonił, bo go wyłączyłem osobiście pięć minut przed czasem.
Spodni nie zakładałem, bo już jedne miałem na sobie. Tylko buty, kurtka, czapka.
Aparat przez głowę. W kieszeni prawej latarka i kluczyki, a w lewej dla poczucia
bezpieczeństwa gaz. Jestem Kozak! Mogę iść!
Wielka pełnia w pełni. Plus 15,5, a autko bezszelestnie dojeżdża do
sylwetki przydrożnej, rozdwojonej Brzozy. Teraz już tylko pomalutku zejść z
nasypu drogi i przez wysokie, gęste trawy około 100 metrów do pierwszych
zarośli, gdzie za nimi czeka na mnie moja “kochana”.
Choć księżyc rozjaśnia
czubki traw niczym słonko za dnia, to przy samej ziemi zupełnie ciemno i nie
jestem pewien czy dobrze idę. Wyjąłem latarkę, wyciągnąłem rękę ku dołowi i
pstryk. Ok., wszystko gra, gdy nagle dosłownie kilka (może dwa) metry obok RYK
jeleniowatego z prawej, a z lewej ciut cichszy, ale stanowczy. Czapka ze strachu
powędrowała do samego księżyca i zanim opadła - w głowie pytanie – Gdzie
uciekać? Do samochodu 50 m i do półki 50 m! Już robię pozycję do startu na
półkę, a tu z zarośli przede mną galop pewnie dinozaura. Siwy jestem i całe
szczęście, bo bardziej już nie można... Kozacki obrót na pięcie i dalej nie
pamiętam. Ślinę przełknąłem trzymając rękę z kluczykami na stacyjce i wówczas
chyba dopiero mrugnąłem oczami - wcześniej przeszkadzały wybałuszone ślepia!
Nie byłem pewien czy to dudni warkot silnika, czy moje serce. Wolałem odczekać.
Ile? Nie wiem. Ale gdy zaczynało się lekko rozwidniać, a mgły opadać,
dostrzegłem w oddali sylwetki dużych jeleni. Popatrzyłem sobie już trochę
spokojnie, a z uśmiechem w duchu powiedziałem – “...idź ty lepiej koziołeczku
szukać swego Pacanowa.” :)
Niedziela piąta z hakiem. Szkoda wracać do domu. Kilkaset metrów dalej jest
półka na Kaczce, więc posiedzę trochę i na wschód popatrzę. Widniało już na
tyle, że bez potrzeby używania latarki dotarłem bezszelestnie na siedzisko i
zamiast wschodu popatrzyłem sobie na...









