Etykiety

środa, 9 września 2015

Pogonić Kozaka.

No i stoi. Kolejna półka. Tym razem wolno-stojąca, całkowicie rozbieralna, skręcana, a że taka to tylko powiem, że standardową postawiliśmy trzy dni wcześniej parę metrów obok, ale pomyliliśmy działki o trzy palce i chciano nas zlinczować :) Teren prywatny. Za szkody daliśmy worek owsa dla świnki właścicielki i obyło się bez ofiar :)


Półka postawiona w tak ciekawym miejscu, gdzie wokół mnóstwo tropów, legowisk i zrytych dojść do wodopojów, że wołała – ...no chodź, chodź i spocznij stary człowieku... – a ja już prawie przez sen – ...już biegnę do ciebie kochanie!!! :) Dość tych nocnych koszmarów. Decyzja zapadła. Budzik ustawiony z soboty na niedzielę na 3:00 i niech sobie żona myśli co chce. Ja Muszę, bo się uduszę!!! :)
Budzik nie zadzwonił, bo go wyłączyłem osobiście pięć minut przed czasem. Spodni nie zakładałem, bo już jedne miałem na sobie. Tylko buty, kurtka, czapka. Aparat przez głowę. W kieszeni prawej latarka i kluczyki, a w lewej dla poczucia bezpieczeństwa gaz. Jestem Kozak! Mogę iść!
Wielka pełnia w pełni. Plus 15,5, a autko bezszelestnie dojeżdża do sylwetki przydrożnej, rozdwojonej Brzozy. Teraz już tylko pomalutku zejść z nasypu drogi i przez wysokie, gęste trawy około 100 metrów do pierwszych zarośli, gdzie za nimi czeka na mnie moja “kochana”.
Choć księżyc rozjaśnia czubki traw niczym słonko za dnia, to przy samej ziemi zupełnie ciemno i nie jestem pewien czy dobrze idę. Wyjąłem latarkę, wyciągnąłem rękę ku dołowi i pstryk. Ok., wszystko gra, gdy nagle dosłownie kilka (może dwa) metry obok RYK jeleniowatego z prawej, a z lewej ciut cichszy, ale stanowczy. Czapka ze strachu powędrowała do samego księżyca i zanim opadła - w głowie pytanie – Gdzie uciekać? Do samochodu 50 m i do półki 50 m! Już robię pozycję do startu na półkę, a tu z zarośli przede mną galop pewnie dinozaura. Siwy jestem i całe szczęście, bo bardziej już nie można... Kozacki obrót na pięcie i dalej nie pamiętam. Ślinę przełknąłem trzymając rękę z kluczykami na stacyjce i wówczas chyba dopiero mrugnąłem oczami -  wcześniej przeszkadzały wybałuszone ślepia! Nie byłem pewien czy to dudni warkot silnika, czy moje serce. Wolałem odczekać. Ile? Nie wiem. Ale gdy zaczynało się lekko rozwidniać, a mgły opadać, dostrzegłem w oddali sylwetki dużych jeleni. Popatrzyłem sobie już trochę spokojnie, a z uśmiechem w duchu powiedziałem – “...idź ty lepiej koziołeczku szukać swego Pacanowa.” :)


Niedziela piąta z hakiem. Szkoda wracać do domu. Kilkaset metrów dalej jest półka na Kaczce, więc posiedzę trochę i na wschód popatrzę. Widniało już na tyle, że bez potrzeby używania latarki dotarłem bezszelestnie na siedzisko i zamiast wschodu popatrzyłem sobie na...




poniedziałek, 7 września 2015

Deszczowa Zasiadka na Mostkach 25 sierpnia 2015

A lato tego roku było... suche! Wszyscy oczekiwaliśmy od dawna jakiegoś deszczu, a gdy na niebie pojawiły się jego zwiastuny, pojawił się również pewien dyskomfort. Tego dnia na wieczór zaplanowaną miałem zasiadkę z auta na Mostkach, no i zaczęło od południa padać. Jechać? Nie jechać? Opady przelotne. Jadę! Tym bardziej, że Jacek (kolega z pracy) był tam z samego rana wysypać dwa pojemniki ugotowanego makaronu i pojemnik chleba, nie wspomnę o tradycyjnym wiadrze kukurydzy. Ponoć w okolicy pojawił się olbrzymi odyniec – trzeba to sprawdzić! Na Mastkach zwierz przyzwyczajony do hałasu, bo właśnie skończono w tym rejonie modernizację drogi ppoż. co również dobrze wpływa na wysłużone zawieszenie terenówki. Deszcz rozpadał się na dobre. Wycieraczki radzą sobie dobrze, ale na ostatnich stu metrach gaszę światła i z widocznością nieco gorzej. Odnajduję “naszą” przecinkę i wciskam się w nią na wstecznym. Miejsce pasażera jest znacznie wygodniejsze w długim oczekiwaniu, a i ciemność w kabinie ma swoje znaczenie. Zresztą przy takiej pogodzie przy otwartym oknie...
..., a strugi deszczu już w aucie.
 Podano do stołu. Nie musiałem długo czekać, by na “stołówce” pojawili się pierwsi goście. Pewnie byli już wcześniej, tylko auto ich wystraszyło. Grunt, że schodzą się na wieczerzę :)










Ciężkie spadające z drzew krople deszczu donośnie dudniły o blachę dachu i pewnie to one były główną przyczyną braku większych od Sójki gości, którzy kręcili się wokół. Na początek pohukiwanie stada dzików było coraz bliższe, ale  już tuż, tuż stało się bardziej nerwowe i oddaliło się. Las ożył. W półmroku pomiędzy kroplami deszczu na szybie zauważyłem jakiś ruch. Przykleiłem z wolna nos do chłodnej, wilgotnej szyby i widzę skikającego dzikiego królika. Nawet nie wykazał najmniejszego zainteresowania autem. Zniknął w przydrożnych chaszczach, a dosłownie w kilka sekund potem w tym kierunku pomaszerował młody lisek. Przystanął na wąskiej ścieżynie, popatrzył na mnie w bezruchu i czmychnął dalej, by za chwilkę w drodze powrotnej znów mi się przyjrzeć.
Wiatr się wzmógł powodując jeszcze głośniejsze dudnienie kropel deszczu o dach terenówki, ale  i tak basowy szczek łani tuż opodal był najgłośniejszym akcentem tego wieczoru. Ze strachu wstrzymałem oddech! Kolejny szczek już był nieco dalszy, a następny już całkiem nikł w kniejach. Ponowne chrum, chrum gdzieś w pobliżu, które też się oddaliło i myślałem, że będzie ono finałem tego wieczoru, ale się myliłem. Trzask, trzask!!! Odgłos zamykających się drzwi dosłownie przed maską i ciche – Dobry wieczór. Straż Leśna... Najwięcej czasu zeszło z wyjaśnieniem, że byłem tam sam, a że siedzę na miejscu pasażera, to tylko powód dobrego usytuowania do robienia zdjęć, których i tak nie zrobiłem zbyt wiele :) Ale było warto!

niedziela, 6 września 2015

Półka na Kaczce 18 sierpnia 2015


Półka obserwacyjna na Kaczce (Kaczka – miejscowość w świętokrzyskim) stała się motorem napędzającym moje zamiłowanie do lasu i Przyrody.
 Sugestie wytrawnych leśników  mówiły bym swoje obserwacje w tym rejonie rozpoczął nie później niż o 19-tej (koniec sierpnia), ale gdzie tam... O 17:00 byłem już na miejscu.
Cichutko na ile to było możliwe starym montereyem z głównej drogi leśnej wjechałem w boczny dukt i stop. Kołnierz Camo wysoko postawiony, czapka mocno naciśnięta już prawie na oczy i niczym Don Pedro zgarbiony na paluszkach sunę się do przodu. Po kilku metrach widać już pierwsze szczeble półki, ale to Jeszcze jakieś 70 metrów, a przy drobieniu kroczków i koncentracji tak napiętej, by nie stanąć na suchą gałązkę..., to droga Pańska.
Jak obślizła gadzina wsunąłem się  na siedzisko półki, a oczy miałem dookoła głowy. Siedząc na wprost teren przede mną był przygotowany do obserwacji w przedziale od 10-tej do 14-tej, więc bez zbędnego ruchu ogarniam wzrokiem całą polanę, kilka skąpych kęp krzewów, dużego rosochacza nad rzeczką przepływającą obok. Jestem gotowy. Słyszę bicie własnego serca. Miałem być przed 19-tą, więc myślałem sobie, że mam jeszcze sporo czasu i mogę spokojnie oddychać pięknem natury gdy tu nagle TRACH!!! Coś pękło. Jakaś gałązka całkiem z boku na 9:30. Sierść mi się zjeżyła, ale bez gwałtownych ruchów spoglądam w tamtą stronę i jest... . Na niebie spore zachmurzenie, a powód hałasu w ciemnym zadrzewieniu. Do tego drżenie rąk (od adrenaliny), więc fotka słabej jakości. Ale co tam!!!
Młody Byk
Przyglądaliśmy się sobie tak, jak gdybyśmy wymieniali wzajemne uszanowania i kto wie ile by to jeszcze trwało, gdyby nie mój wspaniały pomysł podsunięcia suwaka kurtki  o trzy ząbki. Dla mnie to był szmer, ale dla Niego Larum. Usłyszałem jeszcze dwa, trzy głuche werble kopyt i już tylko ponowne bicie mego serca. Krótkie spotkanie, ale wystarczająco mocne, by obudzić me pragnienia o JESZCZE.
W mych odtwarzanych replayach zagubiłem się w czasie i nie spostrzegłem okalającej mnie gęstej szarości. Mimo strachu przed nocą postanowiłem jeszcze chwilkę posiedzieć i posłuchać cudownej symfonii, której świadkiem byłem po raz pierwszy w życiu. Bywałem w lasach o zmroku, ale nigdy tak cichutko i tak chłonny słuchania. Poczułem się zaakceptowany przez naturę. Bo jak nazwać dwa głośne, przeszywające gwizdy Bobrów z lewej i tuż po nim z prawej, a gdy jeszcze echo świdrowało, prawie na moich plecach usiadło jakieś wielkie ptaszysko. Wielkie, bo w odlocie powiew jego skrzydeł czułem mocno na sztywnym karku. Jeszcze niemal w tej samej chwili przelatujące "kjur-kjur-kjur" dzięcioła zakończone potężnym chlapnięciem wskakującego opodal do wody jakiegoś Cielska. To chlapnięcie jak kubeł zimnej wody zwróciło mą uwagę na 70 metrów czekających na mnie w zupełnej ciemności, a świadomość braku latarki wręcz krzyknęła – Czas Wracać!

Dlaczego nie?

..., no i tu myślałem napisać kilka zdań o tym, jak to się zaczęło. Wspomnienia “poszarpane” zabierają chyba zbyt wiele czasu, więc zdecydowałem napisać na wstępie tylko tyle, że – Przyroda, las, obserwacja zwierząt i ich tropienie kręciły mnie zawsze. Tu postanowiłem opisywać moje wypady w teren, a co z tego wyjdzie..., czas pokaże.