Listopad upłynął na wzmożonej pracy i dobrze. Przyszedł grudzień i
wysyłając do kogoś smsa z treścią ZWOLNIJ!, miałem chyba siebie na myśli
:)
Pierwsza sobota miesiąca i decyzja o wolnym i wyprawie do lasu.
Plan był znacznie inny niż to co się odbyło, ale i tak było warto. Znów
poczuć ten zapach. Posłuchać “mowy” lasu, to raj dla mojej duszy!
W piątek po południu zapakowałem na terenówkę dwa pojemniki buraków,
wziąłem z biura pilota do bramy i do domciu. W sobotę o 4-tej nad ranem widząc
załadowane “uśmiechnięte” autko za bramą, klikam na pilota do automatycznej
bramy i... ZONK ! Brama się nie otwiera. :( Chwila zniesmaczenia i mówi się
trudno. Jadę własną osobówką i podróż kończę w miejscu gdzie dalej sięgają już
tylko marzenia:)
Ciepła jak na grudzień noc. Księżyc przebija się przez niskie chmury. Dwie
szyby boczne w aucie opuszczone, a wiatr smaga me skoncentrowane, pomarszczone
lico. Utwardzona droga na której się ustawiłem, przecina kilka szlaków zwierząt,
więc jestem pełen nadziei, że coś uda mi się zobaczyć. Nie musiałem czekać
długo. Po około pół godziny w przedświcie, zza wzniesienia tuż opodal, wylania
się jakaś świetlna łuna, a wraz z nią ognisty smok ziejący spalinami, ogniem
żywym z reflektorów, zagęszczony hałasem piekielnym :)
No cóż? Uruchomiłem swojego rumaka, przejechałem przez wspomniane
wzniesienie, a tam jakiś kilometr dalej wycinka:( Przestawiłem autko w inne
miejsce, poczekałem na wschód słońca i o radosnym sercu czas wracać do łóżeczka
:)
Ach, zapomniał bym o “pudle” – niecelnym strzale do przebiegającej przed
maską łani :) Grunt, to to, że serduszko zarejestrowało owe zdarzenie –
super!


